Moje pierwsze starcie z amerykańskimi restauracjami nie należało do udanych; rzekłabym wręcz restauracja vs. Linka 2:0. Zaczęło się niewinnie, od mojego (ówczesnego) chłopaka chcącego zabrać mnie gdzieś na obiad.
- Och Kochanie, wreczcie będziesz mogła zjeść prawdziwe meksykańskie jedzenie! Co byś chciała? Taco, enchilladas, burrito, quesadillas?!
Lekko ogłuszona tymi dziwnie brzmiącymi nazwami podniosłam wzrok i mówię:
- Eee, no, jakby to powiedzieć... Nie mam zielonego pojęcia o co mnie pytasz. Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę z tego, że mi te nazwy kompletnie ale to kompletnie nic nie mówią.
Chłop mój z radością zaklaskał w dłonie, bardzo się ciesząc, że będzie mógł mnie oswoić z tego typu jedzeniem. No tak, odnośnie tego oswojenia... No to poszliśmy...
Po pierwsze, po dostaniu menu nic mi się w głowie nie rozjaśniło. Nawet z angielkimi opisami. Ja po prostu nie miałam pojęcia co jest co. No niech im będzie, wybrałam coś, co wyglądało na przynajmniej częściowo zjadliwe. Ha!
No... a przynajmniej mi się wydawało, że wybrałam, bo po dumnym wypowiedzeniu co chcę, nastąpił szereg pytań:
- Z zupą czy sałatką?
- Eeee... z sałatką proszę.
- Sos (i tu nastapiła jakaś nazwa), (następna nazwa), (kolejna) i (kolejna).
- Eeee... numer dwa poproszę....
- Corn or flour tortilla? (Tortilla mączna czy kukurydziana)?
(Co to do cholery jest tortilla i jaka jest między nimi różnica?!)
- Eee... corn tortilla...?
- A do picia ta herbatka to zimna czy ciepła? (Ice tea czy normalna parzona)
- Noo... Ice tea, poproszę.
I tu seria pomocnych haseł od męża: nie zapomnij powiedzieć, że niesłodzona i bez takiej ilości lodu!!
No to dzielnie:
- Niesłodzoną poproszę. I bez lodu.
- Hmm, w ogóle bez lodu czy tylko połowę?
-........ Eeee... to ja może połowę poproszę.
Wybór. Wolny wybór jest naczelną zasadą w Stanach, widoczną wszędzie, nawet w restauracji. Dla mojej europejskiej duszy oznaczała mniej więcej tyle co przesłuchanie. I myśli: gdzieś mam ten wasz wybór, dajcie mi po prostu jeść!!!!