Potem doszłam do wniosku, że może chodzi jednak o to, że tam po prostu nic nie ma...
No więc przylecieliśmy wieczorem, gdzie nic nie było widać, poza odległymi światłami Los Angeles. No ale jego rodzina nie mieszkałam w samym LA, tylko... no właśnie, gdzieś indziej. No i tak sobie jechaliśmy, jechaliśmy i jechaliśmy... Jak już dojechaliśmy było późno, a ja byłam zmechacona i zamęczona i nie w głowie było mi drążyć durne tematy.
Szydło z worka wyszlo dopiero po wstaniu nastepnego dnia i wyjrzeniu przez okno. Matko boska, pustynia!!! 45 stopni za oknem!

Wniosek z tego taki: jak Ci obcokrajowiec próbuje coś wytłumaczyć to słuchaj uważnie.... ;)
P.s. Przy dokładnym przyjrzeniu się zdjęciu zauważycie, że w tyle też są widoczne domy. Tak sobie ludzie mieszkają... między drzewkami Joshuego ;)
1 comments:
No tak, pustynia. Mieszkań na pustyni może mieć wiele znaczeń :D i czasem trudno wpaść, co osoba miała na myśli. Ja bym nie chciała mieszkać w takich okolicznościach przyrody
Post a Comment